Od kilku lat dłuższe majówki (minimum cztery dni) spędzamy na Litwie (ale nie w Wilnie i Druskiennikach, gdzie jest wtedy dużo turystów z Polski), a krótsze tylko i aż w Białymstoku i okolicach. Zarzuciłam już planowanie wyjazdów w kraju, ponieważ wszędzie jest wtedy sporo ludzi, ceny za noclegi często wygórowane i zwyczajnie nie chce mi się już nic kombinować. Białystok podczas majówki jest dobrą opcją, ponieważ możemy zwyczajnie nic nie robić, posiedzieć w ogrodzie albo iść na spacer. A i kierunków na bliskie wycieczki nie brakuje.
W tym roku majówka była krótka, dlatego zjechaliśmy do Białegostoku. W sobotę zorganizowaliśmy sobie wycieczkę po regionie, ale głównym założeniem było unikanie miejsc typowo turystycznych. Taka wycieczka poza popularnym szlakiem. Myślę, że się udało, bo spędziliśmy naprawdę miły dzień, smacznie zjedliśmy i mogliśmy pocieszyć się ładną pogodą.
Park Plebański w Korycinie
Przez Korycin zazwyczaj przejeżdżamy. Charakterystyczny masywny kościół jest jednym z punktów orientacyjnych na trasie z Białegostoku do Augustowa. Chociaż muszę przyznać, że raz specjalnie zboczyliśmy z trasy, żeby zobaczyć na żywo pomnik Truskawkowej Księżniczki, bo Korycin słynie nie tylko z serów, ale i z truskawek. Tym razem stanęło jednak na spacerze po tamtejszym Parku Plebańskim, o którego istnieniu wielu przejeżdżających może nawet nie wiedzieć. Wiosną mignął mi wpis na profilu Daleko i blisko – z dziećmi przez Polskę – polecali kładki nieopodal Białegostoku. Kładki to zawsze plus 10 do wizerunku, więc warto korzystać z możliwości spaceru kilkanaście centymetrów nad ziemią. Park Plebański znajduje się za, cóż za zaskoczenie, plebanią. Można zaparkować na wygodnym parkingu obok kościoła i udać się w stronę zieleni. Obszar przeszedł rewitalizację w ramach programu odnowy Zabytków Królewskiego Korycina. Uroczyste otwarcie miało miejsce w 2013 roku, o czym informowało między innymi Polskie Radio Białystok.
Powstanie Parku Plebańskiego datuje się na XVII wiek. Po wygodnej kładce dotrzemy do Świętego Źródła, z którym związane są legendy. Park jest dość dziki i według mnie wymaga już odświeżenia. Brakuje mi również tablicy informacyjnej o samym Świętym Źródle, które obecnie jest trochę… muliste. Alejki i ławeczki mogłyby dostać nowe życie – wystarczy je odczyścić i wypielić chwasty ze ścieżek. Miejsce ma duży potencjał. Obawiałam się hałasu z krajowej ósemki, ale delikatny szum samochodów słyszalny w parku pochodzi raczej z lokalnej drogi w kierunku Milewszczyzny (byliśmy tam kiedyś krótko po otwarciu, ale na podstawie przekazów medialnych wnioskuję, że sporo się w międzyczasie zmieniło i wypadałoby sprawdzić, jak park kulturowy prezentuje się obecnie). Przypomnę jednak opis miejsca z 2020 roku.














2 maja otwarty był też koryciński kościół pw. Znalezienia i Podwyższenia Krzyża Świętego. Po raz pierwszy byłam w środku! Jest ładny, taki klasyczny. No i oczywiście wizualnie podobny do świątyń w pobliskim Janowie czy w Krynkach. Żółta cegła jest jednak rzadziej spotykana niż czerwona. Czy polecam Korycin? Myślę, że miejscowość zasługuje na to, żeby się z niej zatrzymać. Nie znajdziemy tam atrakcji na cały dzień (chyba że chcemy spędzić czas na plaży nad zalewem lub łowić ryby), ale w połączeniu z wizytą w Parku Kulturowym Korycin-Milewszczyzna spokojnie spędzimy tak kilka godzin. Raczej bez wielkich tłumów, a to coraz częściej istotny aspekt podczas planowania podróży. A do Parku Plebańskiego chciałabym zajrzeć w październiku. Musi ładnie wyglądać w barwach złotej polskiej jesieni. I nie sądzę, żeby ktoś grabił tam liście :)

Izba Tkactwa Dwuosnowowego w Janowie
Przez Korycin przejeżdżaliśmy w drodze do Janowa. Nareszcie, podkreślam: nareszcie, nadarzyła się okazja, żeby zwiedzić tamtejszą Izbę Tkactwa, która z okazji majówki była wyjątkowo otwarta w sobotę. Kiedy tylko zobaczyłam ich ogłoszenie na Facebooku, wiedziałam, że bez wizyty w Janowie się nie obejdzie. Janów jest bardzo zadbaną miejscowością z dużym ceglanym kościołem, parko-ryneczkiem tuż obok (tak, jest dużo drzew, moda na kostkę na szczęście tam nie dotarła!). Przez miejscowość przepływa nieduża rzeka Kumiałka, którą mijamy też w Korycinie. W Izbie byliśmy na początku jedynymi gośćmi, więc cała uwaga pani przewodniczki skupiła się na nas. Dowiedzieliśmy się bardzo dużo o tkaninie dwuosnowowej, historii tkactwa w ogóle, lokalnych obyczajach, współpracy z Japonią. Na miejscu można też spróbować swoich sił w praktyce (próbowało Dziecko, nie ja). I wszystko to… za darmo. Nie ma obowiązku zakupu biletów, chociaż niepisaną kartą wstępu jest zakup pocztówki w lokalnym sklepiku. Uznałam, że Izba zasługuje na więcej i nabyłam u nich pięknie wydaną książkę o Eleonorze Plutyńskiej. Autorkę kojarzę już z innej publikacji, o której pisałam tutaj. Obserwujcie profil Izby Tkactwa Dwuosnowowego w Janowie. Czasami otwierają się również w soboty lub przy okazji innych wydarzeń (jak Noc Muzeów), co umożliwia wizytę w weekendy. Tkanina dwuosnowowa jest wyjątkowa i Podlasie powinno być z niej dumne. Na moim blogu już nie raz wspominałam, że lubię te wzory i mam na kanapie poszewkę, która pokonała pół świata, żeby wrócić do Polski. Przyleciała do mnie z Tokio. Przez Toruń. Do Warszawy. A w świat ruszyła właśnie z Janowa.



















Sitawka
Murale stały się już nieodłącznym elementem większości miast, jednak deskale nadal mają w sobie coś egzotycznego. W Janowie możemy obejrzeć przykład deskalu z wizerunkami zasłużonych tkaczek tkaniny dwuosnowowej, ale w pobliskiej Sitawce znajduje się deskalowe zagłębie. Od razu uprzedzam: nie widziałam wszystkich deskali we wsi. Ale mam pretekst, żeby tam wrócić. Dlaczego Sitawka? Informuje nas o tym stosowna tablica informacyjna. Ponieważ otwartość tamtejszych mieszkańców umożliwiła realizację tego projektu. Zwykli ludzie, zwykłe historie i zdjęcia – to wystarczyło, żeby uczynić z Sitawki wieś słynącą z deskali. Jeżeli będziecie w okolicy, zdecydowanie warto tam podjechać.







Sokółka
Z Sitawki pojechaliśmy na lody do Sokółki. Te od Matczaka, bo tak. Posiedzieliśmy na ławeczce pod kinem, zjedliśmy lody i udaliśmy się dalej. Jadąc z Sokółki przez Malawicze w stronę granicy, można poczuć się trochę jak na bezdrożach Suwalszczyzny. Drogi są niezłe, ale często dość wąskie. Jest trochę pagórkowato, w końcu to Wzgórza Sokólskie. Na początku maja było już intensywnie zielono. No i poza nami nie było tam praktycznie nikogo. Zawsze śmieję się w duchu, że miejscowi pewnie sobie myślą, że znowu jakaś „warszawka” przyjechała, bo auto ma przecież warszawskie rejestracje i pewnie dość osobliwie wygląda na przysłowiowych końcach świata, po których zazwyczaj się przemieszczamy. A tu niespodzianka, bo tak jakby sami swoi :)





Knyszewicze
Bocznymi drogami dotarliśmy do Knyszewicz. To mała wieś położona blisko granicy, którą możecie kojarzyć z posągiem Moai. Jest to oczywiście dość osobliwe doświadczenie, ale Stanisław Nicewicz, właściciel działki i twórca rzeźby, słusznie stwierdził, że taniej jest taki posąg stworzyć niż polecieć na Wyspę Wielkanocną, żeby zobaczyć oryginał. Moi poświęcony jest jeden z reportaży Polskiego Radia Białystok. To nie jest tylko posąg. Moai z Knyszewicz to również kapsuła czasu, ponieważ są w niej ukryte różne skarby dla potomnych. Pan Stanisław jest bardzo otwartym człowiekiem, chętnie wdaje się w rozmowę, opowiada i odpowiada na pytania. Można robić zdjęcia, można oglądać. Jest ciekawie i trochę szalenie!






Krynki
Najwięcej turystów, co nie znaczy, że dużo, spotkaliśmy w Krynkach. W lokalu Wiatr od Wschodu zjedliśmy bardzo smaczny obiad w normalnej cenie. Na miejscu zakupiłam też robiony przez nich smalec. Porcje są uczciwie, atmosfera swojska, nie ma sztucznego napuszenia. Lubię to! Krynki słyną oczywiście z ronda, na którym chyba każdy chociaż raz się pomylił i przegapił swój zjazd. Na środku ronda znajduje się nieduży skwer, który prezentował się całkiem nieźle. Jest też punkt wędrującej książki (było sporo ciekawych tytułów!). Typowe nieduże miasteczko, które wielką historię ma już za sobą. Krynek nie zwiedzaliśmy, przyjechaliśmy po prostu zjeść. Podeszliśmy do źródła (przejście pod słupem wysokiego napięcia niezmiennie mnie intryguje!), bo Krynka regularnie gości w naszym warszawskim domu (patrz: lokalny patriotyzm gospodarczy – wspieram polskie firmy z regionu, świadomie podejmuję decyzję). Otwarty był też kościół (bardzo ładny). W Krynkach znajduje się Park Podworski de Virionów, ale mimo częściowego odrestaurowania jest on mocno zaniedbany i trudno odszukać dawne założenia i aleje. Byłaby to jednak ciekawa atrakcja miasteczka i mam nadzieję, że w przyszłości znajdą się pieniądze na jego rewitalizację.















Z Krynek pojechaliśmy już do Białegostoku. Po drodze oczywiście gęsto w Poczopku, pełen parking w Zajeździe Sokołda, który lubię, ale tylko przed i po sezonie (zimą i jesienią jest tam super!), w Supraślu tradycyjnie tłum, parking pod monastyrem pękał w szwach. Miło było tylko przejechać i mieć za sobą spokojną wycieczkę po regionie. Kilometrowo nie jest to jakaś szalona odległość, z przerwami jazda nie męczy. Według mnie to jedna z wielu alternatyw dla popularnych szlaków. W Podlaskiem na szczęście wciąż można mieć swój święty spokój :) W 2027 roku znowu czeka nas krótka majówka, więc wszystko wskazuje na to, że ponownie trafimy do Białegostoku i zorganizujemy kolejną alternatywną wycieczkę.
