Pierwsze pół roku w Białymstoku

Nie będę owijać w bawełnę: w pierwszym półroczu tego roku miałam bardzo dużo pracy, w Białymstoku spędzałam zaledwie jeden weekend w miesiącu, w czerwcu przegapiłam szesnaste urodziny bloga i stwierdziłam, że trudno, nie będę już nic nadrabiać. Było, minęło. Ważne, żebym nie zapomniała o dwudziestych urodzinach, bo to byłaby już jednak wtopa. Szczerze mówiąc, nie wiem, kiedy nastał lipiec, a zaraz będzie już jego połowa! Plan na lato jest taki, że w sierpniu spędzam trochę czasu w Białymstoku i nadrabiam zaległości. Wiem, że nie uda mi się zrealizować wszystkiego, bo jeszcze nigdy nie zdołałam odhaczyć każdego punktu z listy „do zrobienia” w blogowym kajeciku.

Co robiłam od stycznia do czerwca w Białymstoku? Ze zdjęć wynika, że głównie odwiedzałam wystawy. Zaliczyłam też kilka spacerów po mieście, podczas których nie zabrakło i tych negatywnych spostrzeżeń. Wrażenia mam zatem słodko-gorzkie. Miasto wydało mi się w wielu miejscach lekko przykurzone. Brudne płyty granitowe, elementy małej architektury, które straszą (patrz: kręgi przy ratuszu, kapsuła czasu Kuriera Porannego), zaniedbane roślinki na ekologicznych przystankach, paskudne reklamy-płachty, które pojawiają się na świeżo wyremontowanych budynkach lub na blokach, zasłaniając przy tym niemalże całe ściany lub numery budynków, popękane schody przy Pałacu Branickich (czyli tam, dokąd trafi każdy turysta), których remont powinien być priorytetem, a najwyraźniej nie jest. Widzę takie rzeczy, bo zwracam na nie uwagę. Niestety inaczej nie potrafię. Pojechaliśmy również na Dojlidy przed sezonem. Trafiła nam się wtedy piękna pogoda. A na Bojarach ucieszyło trochę wyremontowanych drewnianych domów. Nie chodziłam po kawiarniach, obiady jadłam u Rodziców. Krótko mówiąc: emocje jak na grzybobraniu ;)

Mimo wszystko okazuje się, że nawet z doskoku i bez planowania udało mi się trochę w Białymstoku zrobić. Zapraszam na fotograficzny przegląd moich białostockich przeżyć z pierwszej połowy 2026 roku.

Nie mogę sobie odmówić tej przyjemności i regularnie zaglądam do Muzeum Rzeźby Alfonsa Karnego. Za każdym razem doceniam możliwość przebywania w tym pięknym budynku i wciąż znajduję nowe szczegóły wśród eksponatów. To mój ulubiony oddział Muzeum Podlaskiego, który wielokrotnie gościł już na blogu.

Trafiliśmy na piękną wystawę o świetle. Podobało mi się zaaranżowanie przestrzeni, ciemność, gra światła i cienia.

Kolejną instytucją kultury, którą odwiedzam po części ze względu na wnętrza jest oddział Galerii Arsenał w Starej Elektrowni. Bardzo podoba mi się sam budynek, który stanowi doskonałe tło dla eksperymentalnych wystaw. Podobnie było wiosną. „Jajko” wpisało się tam idealnie.

Wiosną zajrzałam do Branickich.

Regularnie zaglądałam też do moich ulubionych oddziałów Galerii Sleńdzińskich czyli na Legionową i na Wiktorii. Załapałam się jeszcze na drewniane rzeźby w ogrodzie za główną siedzibą.

W ogrodzie na Wiktorii rezydowała słynna żyrafa:

Sklepiki muzealne zawsze są groźne. Nie obyło się bez zakupów. Wreszcie mam dobrą publikację o rodzie Sleńdzińskich, a zdjęcia Wilna autorstwa Czechowicza oglądałam na wystawie w ubiegłym roku. Dobrze mieć takie albumy na własność.

Pierwszego maja wybrałam się na spacer po mieście, ale starałam się unikać miejsc turystycznych. Było wtedy sporo wycieczek, dlatego w centrum zabawiłam tylko krótką chwilę. Pospacerowałam po Bojarach i przeszłam w okolice Spodków. A potem już na Białostoczek.

Są też brzydactwa:

Dojlidy po południu okazały się doskonałym pomysłem:

A na koniec mój ulubiony białostocki tetris:

Dodaj komentarz

search previous next tag category expand menu location phone mail time cart zoom edit close