Pełna nadziei na nowy festiwal w Białymstoku wybrałam się w zeszłym roku na pierwszą edycję Lumo Bjalistoko. Oczekiwania były jednak dużo większe niż zastany wówczas stan rzeczy, o czym obszernie napisałam na blogu: Lumo Bjalistoko nie odpaliło Pod wpisem znalazło się trochę komentarzy ze strony samych organizatorów, którzy zapewniali, że wyciągną wnioski, że dopiero zaczynają, że muszą się wiele nauczyć… Ok – daliśmy zatem kolejną szansę naszemu rodzimemu Lumo i korzystając z okazji (akurat byliśmy w Białymstoku) wybraliśmy się wieczorem na rekonesans. Kilka kwestii uległo poprawie – w centrum spotkaliśmy trochę osób rozdających mapki festiwalowe, dzięki czemu wiedzieliśmy, dokąd możemy się udać. Na fasadzie Teatru Dramatycznego wyświetlano informacje dotyczące zaplanowanego mappingu. I to by było na tyle… Instalacje w parku w większości nie zachwycały, a te, które mogłyby być fajne, nie do końca działały (patrz: żubr). Pokazy tańca na dziedzińcu Pałacu Branickich znowu najlepiej było widać ze smartphonów na selfiestickach. Mapping na teatrze opóźnił się, ponieważ… organizatorzy nie przewidzieli, że akurat skończy się przedstawienie i widzowie będą musieli opuścić teatr! Sama projekcja byłaby lepsza bez muzyki, ponieważ ta była adekwatnie do teatru dramatyczna. Obecne w pierwszym rzędzie dzieciaki się poryczały, a i my, ludzie jeszcze nie starzy i mający wyrobione gusta muzyczne, patrzyliśmy na siebie z niedowierzaniem i bólem uszu. Można również dyskutować o precyzji mappingu… Sytuację najlepiej ilustruje zasłyszany komentarz: „Jest tak prowincjonalnie i biednie, ale jednak trochę lepiej niż w ubiegłym roku”. Lepiej sama bym tego nie ujęła!
Lekki jazgot, sorry, ale nawet do obecnej wśród nas fanki elektro, minimala i alternatywy to nie przemówiło:
Tydzień później zawitaliśmy do Łodzi na Light Move Festival. Zdaję sobie sprawę, że jest to impreza nieporównywalnie lepiej dofinansowana, lista sponsorów zajmuje całą stronę… Napiszę jednak, jak wygląda porównanie z perspektywy zwykłego widza, który nie wnika w szczegóły i ocenia ogólne wrażenie. Łódzki koncept jest w sumie dość podobny – iluminacje, mappingi, sztuka w parku. Dlaczego jednak wszystkie pokazy ruszają punktualnie co do sekundy (na wszystkich budynkach liczniki odmierzają czas pozostały do kolejnej projekcji)? Dlaczego wszystkie instalacje w parku działają i robią wrażenie? Dlaczego mappingi w EC I są genialne, idealnie kompatybilne z muzyką i perfekcyjne co do milimetra? Dlaczego to w Łodzi potrafią umiejętnie połączyć to wydarzenie z promocją sztuki współczesnej? Dlaczego do Łodzi ludzie zjeżdżają specjalnie na ten festiwal?
Absolutny faworyt:
Prawda jest bolesna. Bez kasy Lumo nie zaistnieje w świadomości ogólnopolskiej. Ale nawet bez pieniędzy sam festiwal można zorganizować dużo lepiej. Zainteresowanie ze strony mieszkańców Białegostoku jest ogromne, co widać po tłumach ruszających w miasto. Obawiam się jednak, że wielu z nas po tegorocznej, niewiele tylko lepszej, edycji na kolejną już się nie wybierze i nie poprzedzi wyjścia ze znajomymi spacerem po rozświetlonym Białymstoku. Nie jest sztuką wrzucenie świetnych zdjęć wykonanych lustrzanką na facebooka, żeby pokazać, czego to na festiwalu nie było. Lumo na oficjalnym fanpejdżu wygląda super, ale to chyba jednak zaklinanie rzeczywistości.
PS Największe brawa należą się bębniarzom spod Arsenału – chętnie usłyszałabym ich grę częściej w naszej miejskiej przestrzeni!