„Wędrowny Zakład Fotograficzny” Agnieszki Pajączkowskiej kupiłam od razu. Książka ukazała się w 2019 roku, ale przeleżała na półce bodajże dwa lata, zanim wreszcie się za nią zabrałam. Niestety, mam tak dosyć często – kolekcjonuję książki związane z interesującą mnie tematyką, ale nie zawsze mogę je od razu przeczytać, bo albo obowiązki, albo brak nastroju, albo stos innych książek z biblioteki, które mają termin zwrotu… W każdym razie reportaż przeczytałam już kilka lat temu i chciałam o nim napisać na blogu. W międzyczasie autorka stała się jednak „bohaterką” skandalu wydawniczego, co poddało w wątpliwość jej wiarygodność jako reportażystki. I w sumie do dziś nie potrafię tego zaufania odbudować.
Zacznijmy jednak od idei „Wędrownego Zakładu Fotograficznego”. Autorka wpadła na pomysł objechania Polski wzdłuż granic i wsłuchania się w opowieści mieszkańców pogranicza, oferując im w zamian wykonanie profesjonalnych zdjęć. Reportaż podzielony jest na kilka rozdziałów – jest między innymi o granicy z Białorusią, Litwą, Ukrainą, jest też mowa o Dolnym Śląsku. Sam zamysł wydał mi się interesujący, chociaż od pierwszych wersów książki nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że Pajączkowska opowiada o tym, czego doświadcza, z mniej lub bardziej ukrywaną wyższością. Rodowita Warszawianka jedzie na wieś, ląduje w innej rzeczywistości, musi mierzyć się z nie zawsze miłymi komentarzami, czasami staje się obiektem niewybrednych żartów. Ta pozycja wyjściowa, to wysokie C „jestem z miasta, moja rodzina od pokoleń mieszka w Warszawie” snuje się po książce i tu, i ówdzie daje o sobie znać. Nie wiem, czy jest to zabieg celowy, czy przypadkowy, ale pamiętam, że odbierałam to jako coś irytującego.

Same historie są raczej ciekawe i pokazują zróżnicowanie kraju, który, co zawsze podkreślam, wcale nie jest tak homogeniczny jak sugeruje scentralizowany przekaz rodem z telewizora. W Polsce różnorodność przez lata była marginalizowana, co skutkuje niestety ogólną niewiedzą znacznej części społeczeństwa na temat regionów wymykających się tej schematycznej i nudnej dość wizji serwowanej z perspektywy miasta stołecznego. Dopiero od niedawna regionalna odmienność staje się powodem do dumy i coraz śmielej przebija się do mediów również poza szczeblem lokalnym. Wreszcie tematyka pogranicza zaczyna też intrygować.
Pisanie reportaży stało się w Polsce modne. Jest już przynajmniej kilka wydawnictw, które się w tym specjalizują. Jest też szkoła, w której pisania reportaży można się uczyć. Brzmi świetnie, prawda? Jednak co pewien czas wychodzą na jaw mało przyjemne fakty. Pisanie reportażu pod tezę, a nie w celu rzetelnego zbadania tematu. Coraz częściej odnoszę wrażenie, że książka ma się dobrze sprzedawać, dlatego ma eksponować pewne kwestie, a inne marginalizować albo, co gorsza, przemilczeć. Rzetelność. Kolejne słowo klucz. W jakim stopniu opisane sytuacje czy rozmowy bazują na prawdziwych rozmowach? A może zostały podkoloryzowane? Czy analiza źródeł na pewno zawsze jest rzetelna?
Agnieszka Pajączkowska napisała też i taką książkę – „Nieprzezroczyste. Historie chłopskiej fotografii”. Pozycja została wycofana ze sprzedaży, a kolejne wydania zostały zmienione. Dlaczego? Otóż autorka dopuściła się poważnych błędów merytorycznych i oskarżyła niewinnego człowieka o udział w mordowaniu Żydów. O sprawie pisał między innymi Onet, Press czy portal Wirtualne Media, a informacja o kłamstwie (bo chyba tak to się nazywa, prawda?) została zamieszczona w prasie. Najciszej było w samym wydawnictwie. Przeprosiny ukazały się (bo musiały), rozdział został usunięty (bo musiał), ale o zarzutach pisały głównie inne media. I dlatego właśnie mam ten wspomniany problem z „Wędrownym Zakładem Fotograficznym”, ponieważ nie mogę już zaufać jego autorce. Nie wiem, czy opisuje historie prawdziwe, czy koloryzuje. A może znowu pomyliła jakieś fakty? Nie wiem i nie ukrywam, że nie umiem zdecydowanie polecić tej książki, ponieważ nie wierzę już w rzetelne podejście do tematu. Chciałabym, żeby opisywane historie były prawdziwe, ale czy takie są? To wie już pewnie tylko sama autorka. Warto jednak wiedzieć, że taka pozycja jest dostępna na rynku i że można ją przeczytać.
