Wyjazd z Grochowa na trasę S8 zajmuje nam zazwyczaj od 15 do 30 minut. Wszystko zależy od sytuacji drogowej w Zielonce. Przejazd kolejowy z zaporami, rondo, światła – trzy newralgiczne punkty, które decydują o płynności ruchu. Później trzy pasy prawie do Radzymina, duże natężenie ruchu do Wyszkowa, średnie do Ostrowi Mazowieckiej i od pewnego czasu względny spokój za rozjazdem na S61 czyli słynną Via Balticę. Nieopodal węzła Prosienica mijamy bunkier z Linii Mołotowa, a chwilę później wjeżdżamy do województwa podlaskiego. Wita nas pikselowy żubr z logo zaprojektowanego przez Leona Tarasewicza. A w okolicach Zambrowa witają nas do spółki z Żubrem z Kompanii Piwowarskiej na Podlasiu, co zgrzyta dość mocno, ponieważ na Podlasiu wcale jeszcze nie jesteśmy.
Pamiętam, kiedy moja koleżanka Dorota zapytała mnie, na którym etapie drogi S8 czuję, że jestem już blisko celu. Koleżanka pochodzi z Sokółki, zatem również regularnie pokonuje tę trasę. Moja pierwsza myśl to most na Bugu w Wyszkowie. Ale to dopiero preludium, bo do prawdziwego uczucia bycia u siebie jeszcze daleko. W okolicach Zambrowa zaczynam się silniej uśmiechać wewnętrznie, ale wciąż nie są to moje tereny. To bardziej przynależność administracyjna – inne województwo. Jednak dopiero za Mężeninem zaczyna mi towarzyszyć uczucie, że Białystok jest już blisko. A za czerwonym neonem Atlanty w Jeżewie i po pomachaniu do kościoła w kształcie ślimaka (który jednak najlepiej prezentuje się z perspektywy drogi w kierunku Warszawy) można powiedzieć, że już z górki i za chwilę miejsce docelowe będzie po prawej stronie…
Drogę S8 na odcinku Warszawa-Białystok doskonale opisałby fragment piosenki zespołu Łzy: Uczę się ciebie na pamięć… Każdy, kto pamięta czasy starej ósemki do Warszawy, doceni istnienie tej ekspresówki. I od tej drogi rozpoczyna swoją książkę Maciej Falkowski. Jego Ślachta. Historie z podlasko-mazowieckiego pogranicza koncentruje się na terenach pomiędzy, które zazwyczaj pomijamy, przez które przejeżdżamy w drodze do celu. Na mapie uwagę zwracają długie i często dwuczłonowe nazwy miejscowości. Nierzadko nazwy dość zabawne jak chociażby Gosie Duże czy Gosie Małe. Stare Wądołki, Mroczki-Stylongi, Koty, Śledzie, Pstrągi-Gniewoty, Poryte-Jabłoń… Polecam podróż palcem/myszką po mapie! Autor urodzony w Ostrowi Mazowieckiej, zainspirowany świetną książką Kajś Zbigniewa Rokity, postanawia opowiedzieć historię terenów pogranicza dwóch regionów przez pryzmat historii rodzinnych. Zamysł bardzo dobry, a jak realizacja?
Wraz z Falkowskim poruszamy się po obszarze, którego granice wyznaczają Grajewo, Nowogród, Ostrów Mazowiecka, Siemiatycze i Bielsk Podlaski. Zgodzę się z autorem, że większość podróżujących autem lub pociągiem przez te tereny przejedzie, ale wielce prawdopodobnie się na nich nie zatrzyma. Pędzimy dalej na Podlasie albo jedziemy na północ województwa, bo tam skumulowane są a t r a k c j e i tam jest ta słynna wielokulturowa egzotyka. Pogranicze Mazowsza i Podlasia jest z kolei homogeniczne, jednorodne, silnie katolickie i z pozoru, hm, nudne? Falkowski chce przekonać czytelnika, że jest to obszar przede wszystkim nieznany i pomijany. Na kanwie rodzinnych opowieści prowadzi nas przez maleńkie wsi i osady, odwiedzamy z nim senne miasteczka, mijamy kościoły. Czasami udamy się również nieco dalej – zajrzymy na cmentarz żydowski w Białymstoku, odwiedzimy Różanystok (prywatnie moje ulubione sanktuarium!), będziemy też w Hodyszewie i ZA drogą krajową numer 19. Ekskursje poza obszar pogranicza regionów służą wyjaśnieniu pewnych zjawisk, ale i trochę pogłębieniu stereotypów. Udamy się też do Jedwabnego, dowiemy się, które cmentarze uległy zniszczeniu, wielokrotnie pojawi się też nazwa Treblinka. Poruszymy wątki polityczne, religijne, podział na swoich i obcych na podstawie tablic rejestracyjnych…

Mam problem z jednoznaczną oceną tej książki. Przede wszystkim cieszę się, że w ogóle powstała, ponieważ wiedza o tym obszarze jest dość znikoma. Z pewnością łatwiej czyta się tę książkę, jeśli umie się zlokalizować wszystkie miejscowości bez patrzenia na mapę. Falkowski jest jednak dość chaotyczny. Są momenty dobre i wciągające, są też strony nużących opisów biograficznych według schematu „XYZ urodził się, wyemigrował, wrócił, zmarł”. Mnóstwo tu nazwisk, które zwykłemu czytelnikowi nic nie mówią. Obawiam się, że są to nazwiska znane głównie autorowi i jego rodzinie. Taki zabieg jest niestety męczący z perspektywy odbiorcy. Boli również niedbałość. Suwalszczyzna we wstępie ląduje na Podlasiu, nazwa Uniwersytetu w Białymstoku została zmieniona na Uniwersytet Białostocki, ksiądz Popiełuszko pochodził z Suchowoli, a tablice z dwujęzycznymi nazwami miejscowości występują tylko na Suwalszczyźnie, Śląsku i na Kaszubach. Brak rzetelności razi. I nie ukrywam, że takie „strzały” rzutują na odbiór całości. Na pewno nie jest to reportaż literacki. Falkowski umie pisać, ale chyba sam do końca nie wiedział, na jakiej formie mu zależy. Czy to rodzaj gawędy historycznej? Czy może próba analizy codzienności potomków drobnej szlachty? I próba zrozumienia mentalności mieszkańców wywodzących się z tejże ślachty? Nieufni i zamknięci, mocno wierzący, katolicy, przywiązani do ziemi. Inni niż ci ZA krajową dziewiętnastką (w dużym uproszczeniu na podstawie opisów: otwarci, nie dbający należycie o pola, głównie prawosławni). Rażą mnie też kolokwializmy użyte w epilogu jak korpo czy hajs. Dużo niespójności i nierówności. Zatem podsumujmy: książka to ważny głos, ale brakuje jej tego czegoś. Potencjał nie został w pełni wykorzystany. Mimo wszystko zachęcam do lektury, ponieważ jest to kolejny głos związany z regionem.
PS Zgodzę się z autorem, że drogi wyznaczają granice, często bardzo osobiste i związane z subiektywnym odczuciem przebywania u siebie lub nie. W książce wielokrotnie pojawia się droga krajowa numer 19 czyli trasa z Białegostoku w kierunku Lublina. Ja też mam taką drogę, która dzieli region na ten bliższy i bardziej odległy. Droga krajowa numer 65 Białystok-Bobrowniki i Białystok-Ełk. Na północ od niej aż po krańce województwa i na wschód od niej czyli bardziej obrazowo na wschód od szosy na Ełk jestem naprawdę u siebie.
