Czasami jest tak: Przeczytamy książkę, którą uważamy za dobrą i wartościową. Chcielibyśmy polecić ją innym, ale nie do końca wiemy, jak. Albo będziemy brzmieć jak reklama przygotowana przez wydawnictwo, albo zdradzimy za dużo treści i odbierzemy komuś przyjemność z lektury. Poza tym jak umiejętnie polecić książkę, która z założenia opowiada o trudnych i smutnych wydarzeniach, ale jednocześnie emanuje z niej… radość?
Marta Sawicka-Danielak (ta od Ambasady Śledzia – lokalu w Krakowie i książki pod tym samym tytułem), białostoczanka z dziada pradziada, która, podobnie jak ja, dopiero w czasach szkolnych zdała sobie sprawę, że taka ciągłość pokoleń w Białymstoku nie jest częstym zjawiskiem, napisała bardzo ważną według mnie książkę o Białymstoku, którego już nie ma. W oryginalny sposób podeszła do tematu Zagłady białostockich Żydów, skupiając się jednak głównie na ukazaniu realiów przedwojennego Białegostoku oraz siły i woli przetrwania głównego bohatera (czy to na pewno dobre słowo?), Bena Midlera. W dawnym Białymstoku przodkowie autorki i Bena mieszkali niedaleko siebie. Można powiedzieć, że Marta i Ben to ziomki z Białegostoku, których dzieli kilka pokoleń i którym udało się nawiązać kontakt w czasach współczesnych. Historia i prawdziwe wydarzenia przeplatają się z wątkami fabularyzowanymi, ale umiejętnie wpisanymi w dawne białostockie realia. Czytamy o naszym mieście, ale nie znamy nazw wszystkich ulic, nie wiemy, gdzie znajdowały się wspomniane sklepy czy piekarnie, a część z nas, urodzonych w nowym Białymstoku, pewnie nawet nie wie, co to buza i białys. I na pewno nie kojarzymy Białegostoku ze straganami ze śledziem. A to było z kolei jedno z silniejszych wspomnień mojej Babci, która urodziła się w latach dwudziestych w Białymstoku i w tym mieście dorastała. Babcia o śledziach w beczkach mówiła dużo. Tego charakterystycznego zapachu (?) z kramów wokół ratusza nigdy nie zapomniała. Czytając o perypetiach młodych ludzi z Białegostoku, odniosłam wrażenie, że gdzieś tam wśród nich mogliby się znaleźć moje babcie i moi dziadkowie. A moi pradziadkowie z pewnością doskonale znali te realia i dawną topografię miasta mieli w małym paluszku. W końcu pradziadek prowadził swój zakład krawiecki w samym centrum Białegostoku, w reprezentacyjnej kamienicy!
Taki codzienny Białystok pamięta Ben Midler – człowiek, który przetrwał białostockie getto i sześć obozów koncentracyjnych. Ale w rozmowie z autorką nie opowiada o Zagładzie z perspektywy męczennika. Siła wspomnień o jego ukochanym mieście i chęć przeżycia (przeżył jako jedyny z rodzeństwa) sprawiły, że zrobił wszystko, co w jego mocy, żeby nie zginąć. Niesamowita postawa i niespotykany wręcz optymizm emanują z Bena Midlera dosłownie na każdej stronie tej książki. Ostatni Białystoker, który mimo zaawansowanego wieku i tragicznych doświadczeń, nie zapomniał do dziś, czym był dla niego Białystok.


Moja Mama przeczytała tę książkę krótko po premierze. Usiadła i przeczytała, bez przerwy. Ja przeczytałam ją już pewien czas temu, ale naprawdę nie wiedziałam, w jaki sposób ją opisać, jak ją Wam polecić, a to chciałabym zdecydowanie zrobić. Zainteresuje każdego białostoczanina i każdą białostoczankę. Mimo arcytrudnego tematu autorce udało się w plastyczny sposób stworzyć obraz naszego miasta, którego pewnie większość z nas nie miała możliwości poznać. Może opowiadali Wam o nim przodkowie, a być może nie macie pojęcia, że Białystok przed wojną był zupełnie innym miastem. Dziś też się zmienia, wiele miejsc dosłownie znika z przestrzeni miasta na naszych oczach. I wyobraźmy sobie, że właśnie tak niemalże całkowicie zniknął Białystok naszych dziadków albo naszych rodziców. Miasto, które po wojnie zmieniło się nie tylko wizualnie, ale też zostało w dużej mierze stworzone z ludzi z zewnątrz. I którego struktura społeczna, narodowościowa i wyznaniowa nie przypomina już tej przedwojennej. Poznaj, zrozum, pokochaj – to motto mojej strony. Wydaje mi się, że dobrze pasuje i do tej książki, która pozwala nam zmierzyć się z trudną przeszłością, którą jednak poznać trzeba. Nie można zrozumieć Białegostoku bez znajomości historii. Obyśmy doczekali czasów, kiedy dzieje miasta będą eksponowane naprawdę, a nie tylko folderowo…
