Wojciech Koronkiewicz dba o to, żebym miała co czytać przy kawie. Literatura lekka, raczej wesoła, z przymrużeniem oka, chociaż między wierszami autor przemyca również poważne treści. Można rzec, że to wyjątkowo płodny pisarz/dziennikarz, a to określenie wyjątkowo pasuje do jego najnowszej książki. Jeżeli ktoś spodziewa się pikantnych szczegółów, to znaczy jak, kiedy i z kim kajakarze TO robią, będzie rozczarowany, ale pewne jest, że sobie radzą. Twierdzą, że wszystko się da, ale nie ujawniają ani personaliów, ani znaków szczególnych, gdyż są ponoć dość charakterystyczni :) W każdym razie Koronkiewicz kusi tytułem, a ja już po pierwszej stronie wiem, że książkę przeczytam za jednym zamachem, nie uda mi się tego przyjemnego czytania rozłożyć chociaż na kilka dni, a co dopiero mówić o pełnym tygodniu… Niemożliwe. Czytam od razu i niemalże od początku mu zazdroszczę. W tym wypadku wprawdzie nie kajaków, bo akurat kajakarką nie jestem, ale tego czasu i przygody. Od zawsze dość dużo przemieszczam się po terenie naszego województwa, ale od kilku lat szczerze marzę o, dajmy na to, miesięcznym urlopie na rowerze. Widzę siebie, jak jadę po tych szutrowych drogach, przez puszczę, po drodze robię postoje w MOR-ach lub innych wiatach, jem proste jedzenie, zahaczam o małe wiejskie sklepy, robię dużo zdjęć i wreszcie odwiedzam te miejsca, w których wciąż jeszcze nie byłam.

Koronkiewicz zaczyna swoją przygodę na naszych lokalnych rzekach w zabytkowym i bardzo ciężkim kajaku swojego dziadka, który w trakcie jednej z wypraw godnie kończy swój żywot. Później przerzuca się na kajak dmuchany i płynie Narwią, Biebrzą, Czarną Hańczą, Bugiem, Supraślą. I obserwuje, zapisuje, komentuje, dodaje tło historyczne. Krótko mówiąc, robi dokładnie to, co ja chciałabym robić z perspektywy siodełka mojego roweru. Ma przy tym taką lekkość spisywania przygód, robi to w bardzo obrazowy sposób, zatem nietrudno wyobrazić sobie wszystkie przedstawiane miejsca. Szczególnie wtedy, kiedy tereny są nam bliskie, znamy je i widzimy w myślach.
Odnoszę wrażenie, że jest to jego druga po Nie zbiera się jabłek z tego sadu głębsza książka, w której przemyca treści historyczne i poważniejsze informacje. To nie tylko rozmowy i literatura drogi. Czytało się dobrze, dowiedziałam się trochę nowych rzeczy, zapisałam na Google Maps kilka nowych miejsc, mogłam poczuć lokalne klimaty na naszej warszawskiej kanapie, a to zawsze dobrze działa na moje samopoczucie. Kajakarskiego zacięcia nie nabyłam i wciąż nie widzę siebie w kajaku nawet na najpiękniejszych rzekach regionu, ale liczę na to, że wyprawa rowerowa dojdzie kiedyś do skutku. (Wiem, że Mąż to czyta i serdecznie go w tym miejscu pozdrawiam!) Paradoksalnie im więcej podróżuję po Podlaskiem, tym bardziej czuję, że wciąż mam duże braki. Końca nie widać!
Książka ukazała się nakładem wydawnictwa Paśny Buriat w 2024 roku.
