Z Białegostoku wyjechałam ze smutkiem, że znowu się nie udało. Tyle czasu! Pełne dwa tygodnie, wcześniej jeszcze czerwcowy i lipcowy weekend. I fiasko! I tym razem nie zrealizowałam wszystkich moich planów, nie odhaczyłam wszystkich czekających cierpliwie zielonych flag na mapach Google, których to łącznie posiadam w tym momencie 155, ale jest to liczba niestabilna i ulega częstym zmianom. A przecież codziennie COŚ się działo! Absolutnie nie obwiniam pracy, że to niby przez nią zabrakło czasu. Wręcz przeciwnie – dzięki jej elastyczności mogłam sobie pozwolić na tak długi pobyt w rodzinnym mieście i poza pracą przy komputerze każdego dnia realizować plany!
Tego lata starałam się, jak zawsze zresztą, dużo jeździć rowerem. Chyba nawet nieźle mi to wyszło, ponieważ z perspektywy siodełka zrobiłam tylko nieliczne zdjęcia, a to oznacza mniej zatrzymywania się, a więcej jazdy. Wielokrotnie pokonałam też granicę rytualnej dwudziestki, jeździłam również poza miastem, żeby nie wypaść z rytmu. Wcześniej niemalże codziennie pokonywaliśmy rodzinnie solidne odległości nad Morzem Północnym, ale należy uczciwie przyznać, że tam od jazdy na rowerze może co najwyżej boleć pupa, ale na pewno nie nogi. W Białymstoku górek jest jednak sporo i jeździ się nieco inaczej. Bardzo fajnie jechało mi się ścieżką do Juchnowca Kościelnego (prowadzi z Białegostoku aż do Juchnowca bez przerw), niezmiennie lubię też trasę do skansenu, a później szutrem do Wasilkowa. Widok na dolinę Supraśli zawsze poprawia mi nastrój. Podobnie zresztą jak przejazd po moich ulubionych miejskich lasach: Zwierzynieckim i Pietrasze. Rower to jest świat. Chyba dojrzewam powoli do wypraw rowerowych z sakwami (wiem, że mój Mąż to czyta).








Tego lata pobiłam chyba własny rekord odwiedzin Ogrodów Branickich. Byłam tam niemalże codziennie. Miejsce e m b l e m a t y c z n e (proszę podłożyć głos Makłowicza) dla Białegostoku. Szczególnie miło jest tam po południu, kiedy światło nieco łagodnieje. W tym roku w parku gościły też kontrowersyjne Barokowe Ogrody Sztuki, które wieczorem wcale nie prezentowały się tak źle, a już na pewno ciekawie wypadły na zdjęciach. Impreza odbyła się w czerwcu, a w wakacje Ogrody Branickich wróciły do swojej pierwotnej formy i funkcji.














Pierwszy raz byłam też na tarasie w czytelni Książnicy Podlaskiej. Moja Mama ma kartę biblioteczną tej placówki, dzięki czemu mogłyśmy tam wejść. Wprawdzie akurat tego dnia strasznie wiało, ale kilka zdjęć mam.



W głównej siedzibie Książnicy Podlaskiej jest też słynna książkowa ścianka z neonem, przy której fotografują się wszyscy zapraszani w progi tej instytucji goście, dlatego często można ją zobaczyć w instagramowych relacjach.

Inną ciekawostką jest wyeksponowany w hallu wejściowym budynek biblioteki stworzony z klocków Lego. Budowla prezentuje się świetnie, ma mnóstwo szczegółów i każdy może ją obejrzeć. To jednak nie jedyna taka atrakcja z Lego w Białymstoku. Swoje klockowe wersje mają również Opera i Filharmonia Podlaska oraz nieodżałowany Hotel Ritz (umieszczony w Centrum Ludwika Zamenhofa).




Podczas spacerów po mieście udało mi się spotkać lokalną faunę :) Po raz pierwszy zobaczyłam na żywo nowych mieszkańców Akcent Zoo – bracia Chip i Dale są godnymi następcami Joli i Grzesia. Udało mi się również zaobserwować rysia i żbika, a to nie lada sztuka. W naszym mini-zoo mieszka też wyjątkowo towarzyski czarny kot – można go spotkać przy pomoście nad stawem. Ma tam swoją miskę z wodą, wyleguje się na ławce, jakby była jego własnością i nic sobie nie robi z ludzi, którzy przychodzą pooglądać rybki i żółwie. I kota.


Zrobiłam też zdjęcia czterech z kolejnych ośmiu WidziMisiów, chociaż na żywo widziałam jeszcze kilka z nich. Mamy oczywiście mapkę, która była hitem drugiej połowy sierpnia w Informacji Turystycznej. Mam nadzieję, że w przestrzeni miejskiej będą się pojawiać kolejne figurki misiów. Oficjalnie zgłaszam moje subiektywne zapotrzebowanie na następujące WidziMisie: Piłkarz, Kibic Jagielloniii, Podróżnik z walizką (przy dworcu), Niedźwiedź Brunatny (przy wejściu do zoo), Pływak (nad Zalewem Dojlidy), Meloman (przy OiFP), Radiowiec (przy Polskim Radiu Białystok), Łyżwiarz (przy lodowisku), Lekkoatleta (przy stadionie w Zwierzyńcu). A jakie WidziMisie widzielibyście Wy? :)




W Białymstoku przybyło też skrzydlatych przyjaciół :) Oprócz papugi ary na Białostoczku i znanych już ptaków ze stacji trafa przy Krakowskiej (na zielonym tle w kolażu poniżej), mamy kolejne ptasie murale.

Trudno w Białymstoku nie zajrzeć na Rynek Kościuszki i w jego bliskie okolice. Niby znane miejsce, ale zawsze jakieś zdjęcia się zrobi :)






Na skwerze przy pomniku Ludwika Zamenhofa zaszły zmiany. Nowa fontanna jest jednak źle zaprojektowana – woda rozlewa się aż pod ławki, a nawet i na pobliskie rośliny, a jest to woda chlorowana… Najbardziej cieszy mnie jednak, że stara kula z poprzedniej fontanny, o której krążą miejskie legendy, doczekała się swojej miejscówki i stała się poniekąd pomnikiem imprez na dawnym skwerze :D Kiedy o tym myślę, czuję się tak jakby dwadzieścia lat młodsza.






Tego lata udało mi się odwiedzić sporo lokali gastronomicznych, które miałam na liście. To nie są nowe miejsca, to tylko ja i mój spóźniony refleks ;) Szczerze mówiąc, nie mam jakiejś szczególnej potrzeby, żeby zwiedzać na bieżąco restauracje czy kawiarnie. Wychodzę z założenia, że jeśli miejsce jest dobre, to się utrzyma, a ja mogę je odwiedzić równie dobrze po kilku latach działalności :) No dobrze, gdzie zatem jadłam, gdzie zatem piłam? ;) Doskonale rozumiem, dlaczego Wytwórnia Wypieków Młynowa 40 ma tak dobre opinie. Zasługują na nie w 100%! Desery w Cukierni Madeline są faktycznie pyszne i warte tych pieniędzy (Uwaga: lokal przeniósł się z ulicy Grochowej na Artyleryjską – oficjalne otwarcie zaplanowano na 7 września). Maison du cafe ma stylowe wnętrze i pachnie tam tak ładnie, że trudno czegoś nie zjeść. White Bear Coffee to oczywiście białostocki klasyk, ale utwierdziłam się w przekonaniu, że ich lokal przy Liniarskiego jest moim ulubionym w Białymstoku, a odkrycie wiekowej mozaiki tylko ten fakt potęguje. Bardzo zaskoczyła mnie Fara Caffe w hallu Kina Ton. Tak dobrej czarnej kawy w Białymstoku już dawno nie piłam! A wiecie, jak jest – kawa i auto tylko czarne! Kawiarnio-lodziarnia Jagoda na Słonecznym Stoku to chyba najbardziej nietypowa miejscówka, która zaskakuje na plus. Przy parkingu, w otoczeniu bloków z wielkiej płyty, w niewielkim budynku. Można? Pewnie! Szczególnie, kiedy serwuje się lody z sokólskiej Starej Szkoły, oferuje w sprzedaży ich produkty (krem czekoladowy, masło orzechowe, napój z rokitnika). W Jaga Bistro zjadłam genialny biały (!) chłodnik z babką ziemniaczaną, czyli taki regionalny klasyk, ponieważ większości ludzi chłodnik kojarzy się jednak z kolorem różowym. W Maciejówce polecam sałatkę z kaczką, a w Rany Julek i Pizza Majstry polecam chyba wszystko ;)












W trakcie pobytu udało nam się zorganizować kilka wycieczek poza miasto. Pociągiem regionalnym udaliśmy się do Sokółki :) Miała być frajda z przejazdu koleją i była! Ja przypomniałam sobie, jak ładna jest to trasa i miałam z tej wyprawy równie dużą przyjemność. Odwiedziłyśmy Muzeum Ziemi Sokólskiej, gdzie trafiłyśmy na bardzo miłą panią. Muzeum jest niewielkie, jak to muzea regionalne w mniejszych miejscowościach, jednak czuć pasję i chęć, także warto zajrzeć i wspomóc tę placówkę, kupując bilet wstępu i drobną pamiątkę. Chociaż nie jestem największą fanką lodów na świecie i jadam je raczej rzadko, zresztą zawsze w wersji śmietankowej, w Sokółce od lodów się nie ucieknie. Spróbowałyśmy i tych od Matczaka, i tych ze Starej Szkoły. Werdykt? Lody są inne, tworzone według różnych receptur, jedne są cięższe i bardziej zbite, drugie bardzo „puchate”. I tu, i tu są dobre. Rozejm, można się rozejść ;)
Wiecie, że zawsze ciągnie mnie na północ województwa i bardzo staram się zahaczać o Suwałki przy każdej możliwej okazji. To w końcu Miasto, które lubię! Niezmiennie chwalę czarną kawę w Sugar. Najlepsza w Podlaskiem! Chłodnik litewski w Rozmarino rozbił bank, a pizza po suwalsku pokonała nawet najtwardszych zawodników i przyjechała z nami w pudełku do Białegostoku. I słuchajcie, moi Mili, obawiam się, że oprócz kawy Suwałki mogą konkurować z kategorii najlepsze lody. Suwalska Manufaktura Lodów też rozbiła bank.



Wyskoczyliśmy też na chwilę na Litwę. Mieliśmy trochę opakowań do zwrotu, także pretekst się znalazł. Oprócz wizyty w Maximie obeszliśmy też pół Mariampola. Są zmiany na lepsze, świetne murale i cudowna rzeka Szeszupa. Więcej zdjęć zamieściłam w relacjach i w poście na Instagramie. A tutaj tylko mała galeria poglądowa :)





No i na koniec coś dla ducha! Nie byłabym sobą, gdybym nie odwiedziła chociaż jednej placówki kulturalnej. Tym razem powróciłam do Centrum Ludwika Zamenhofa, do moich ulubionych filii Muzeum Podlaskiego czyli do Muzeum Rzeźby Alfonsa Karnego i Muzeum Historycznego. Odwiedziliśmy również Ośrodek Edukacji Przyrodniczej „Młynarzówka” w Narwiańskim Parku Narodowym. Rewelacja – większe i bogatsze parki narodowe powinny się na nim wzorować :)










*Ten clickbaitowy tytuł „Czy warto?!” to mrugnięcie okiem do mojego Męża. Zawsze śmiejemy się z takich nagłówków, także niech będzie i tu. Z przymrużeniem oka! A czy naprawdę warto? Według Ani ;) tak. W końcu nie zrealizowałam wszystkich punktów, trzeba będzie wracać!

2 myśli w temacie “Lato w Białymstoku. Czy warto?!*”