Prace Wiktora Wołkowa to takie fotograficzne obrazy. Często tych miejsc, których już nie ma, gdyż zniknęły i nadal znikają z podlaskiego krajobrazu. Patrząc na te zdjęcia, można poczuć spokój wewnętrzny, mają bez wątpienia działanie terapeutyczne. I dobrze działają wtedy, kiedy zatęskni się za Podlasiem, ale nie ma możliwości tam pojechać.
Na początku tego wpisu postanowiłam zacytować… samą siebie. Właśnie tak odpowiedziałam na zadane przez Muzeum Podlaskie w Białymstoku pytanie, z czym kojarzą nam się fotografie Wiktora Wołkowa. 27 marca przypada rocznica śmierci tego wybitnego fotografika, piewcy podlaskiej przyrody, zapaleńca, człowieka wrażliwego na piękno, wybitnego artysty, którego prace weszły do kanonu polskiej fotografii przyrodniczo-krajobrazowej. Malowane obiektywem obrazy, styl, który rozpoznaje się od razu.
W marcu bieżącego roku w Turośni Kościelnej uroczyście otwarto muzeum poświęcone fotografii Wiktora Wołkowa. Jest to najmłodszy i chyba najmniejszy oddział Muzeum Podlaskiego w Białymstoku. Nie ukrywam, że przez długi czas nie do końca wierzyłam w powodzenie tej inwestycji właśnie w Turośni Kościelnej, która nie leży na szlakach turystycznych regionu. Naturalną lokalizacją wydawał mi się Supraśl, gdzie Wołkow niegdyś mieszkał. Jednak po głębszej analizie i lekturze kilku artykułów zdanie zmieniłam i wręcz cieszę się, że to muzeum jednak nie mieści się w pełnym atrakcji Supraślu. Dzięki temu ma szansę przebić się do świadomości szerszego grona odbiorców, a w Supraślu przyćmiłyby je być może inne znakomite placówki z Muzeum Ikon na czele. Sama Turośń i okolica mogą również dzięki tej placówce zyskać turystycznie. Nieopodal znajduje się przecież Majątek Howieny, blisko stąd nad Narew, są to również tereny lubiane przez rowerzystów. A prawie do samej Turośni prowadzi z Białegostoku wygodna nowa droga.
My do Muzeum Fotografii Wiktora Wołkowa wybraliśmy się dzień po oficjalnym otwarciu. W niedzielę 10 marca ulica Lipowa w Turośni przeżyła oblężenie, gdyż miłośników Podlasia na zdjęciach Wołkowa zjechało wielu… Również liczni rowerzyści przybyli na pierwsze zwiedzanie muzeum, które tego dnia pękało w szwach. Co tu dużo mówić, było nas zwyczajnie dużo i trudno było pokontemplować uwiecznione na fotografiach krajobrazy czy uchwycone znienacka zwierzęta. Na pewno musimy tam wrócić na spokojnie, jednak chęć poznania nowego miejsca na muzealnej mapie regionu była wówczas silniejsza. Po prostu musieliśmy tam być!


Uwagę zwiedzających przykuwa na początku ładnie odrestaurowany dwór myśliwski. Słusznie dopatrzycie się w nim podobieństw do letniej rezydencji Branickich w Choroszczy, gdyż ten budynek zaprojektował Jan Henryk Klemm, architekt choroszczańskiego pałacu. Warto nadmienić, że ów nietypowy w swej bryle dworek znajdował się niegdyś na terenie centralnej kwatery dawnego ogrodu włoskiego. Założeń ogrodowych próżno dziś szukać, jednak liczę na renowację terenu wokół dworku. Przydałby się niewielki parking, ale przede wszystkim ławki i chociaż jedna alejka spacerowa. Z pewnością dodałoby to nieco szyku i elegancji stojącemu dziś samotnie dworkowi.
Muzeum jest niewielkie. Przewidziano w nim kilka wystaw stałych oraz wystawy czasowe, a także salę wykładową, w której obejrzymy większość aparatów Wiktora Wołkowa oraz zdjęcia z jednej z jego pierwszych wystaw. Wyświetlane są także dobrane tematycznie projekcje zdjęć. Dorobek artystyczny Wołkowa jest ogromny, składa się na niego ponad sto dwadzieścia tysięcy klisz, w związku z tym niemożliwe jest stworzenie wystawy wszystkich jego prac. Nawet wielki magazyn na Węglówce byłby za mały, a wizyta i tak zostawiałaby poczucie niedosytu. Nadzieją są zatem regularnie zmieniające się wystawy czasowe w formie projekcji zdjęć. Muzeum ma wielkie plany, chce też rozszerzać działalność edukacyjną i warsztatową. Trzymam za nich kciuki i wspieram, jak wszystkie mniejsze lokalne muzea. Wizyta w takiej placówce to dla nas niewielki wydatek, a często nawet darmowa przyjemność, podczas gdy dla regionalnego muzeum jest to wielki motywator do dalszej pracy. To mówiłam ja – idealistka Ania, która uwielbia kameralne muzea i wychodzi z założenia, że te największe zawsze sobie poradzą, a te mniejsze warto wspierać wizytą i dobrym słowem. Żyjemy w dziwnych czasach. Ludziom łatwiej przychodzi krytykowanie niż napisanie pozytywnego komentarza czy przesłanie podziękowań. Uwierzcie mi, że każdy pozytywny sygnał od odbiorcy znaczy bardzo wiele. Piszmy i mówmy też miłe rzeczy, wystawiajmy dobre opinie, jeśli ludzie i miejsca na to zasługują. Czy wiecie, że ilekroć wypiję gdzieś naprawdę smaczną, mocną, gęstą kawę, mówię o tym, wychodząc z kawiarni lub piszę wiadomość w mediach społecznościowych? W Polsce niezwykle trudno o dobre americano, dlatego każde udane chwalę od razu.















Korzystając z okazji, chciałabym Wam polecić rozmowę z panią Grażyną Wołkow, żoną tego wybitnego fotografika. Jeśli będziecie w Supraślu, zajrzyjcie na korytarz przed wejściem do restauracji Duchowe Łąki. Również tam obejrzycie wybrane zdjęcia Wiktora Wołkowa.
Na koniec wspomnę jeszcze w ramach anegdoty, że udało mi się kiedyś porozmawiać z Wiktorem Wołkowem. W warszawskiej Fabryce Trzciny odbywała się impreza promująca województwo Podlaskie, w ramach której przewidziano wiele atrakcji dla tak zwanej wymagającej publiczności. Przyjechał Teatr Wierszalin, zorganizowano wystawę zdjęć Wołkowa, odbył się również pokaz mody. Z perspektywy czasu z ręką na sercu przyznaję, że była to świetnie zorganizowana promocja, wywoływała wiele emocji, a wnętrza Fabryki Trzciny zaskakująco dobrze komponowały się z podlaskimi akcentami.
Późnym wieczorem przy jednym ze stolików siedzieli Piotr Tomaszuk z Wierszalina i Wiktor Wołkow właśnie. Stwierdziłam, że taka okazja może się już nie powtórzyć i postanowiłam podejść i podziękować za twórczość, emocje i za całokształt. Nie spodziewałam się, że będę miała okazję porozmawiać z nimi dłuższą chwilę, ale tak właśnie się stało. Uścisnęłam ręce, pogratulowałam, powiedziałam, że jestem wielką entuzjastką ich działań i tak jakoś to się potoczyło dalej. Powiedziałam, że pochodzę z Białegostoku, na co pan Wołkow odparł, że strasznie mi współczuje, bo on mógłby już tam w ogóle nie jeździć i zdecydowanie wybiera Supraśl. Pośmiałam się, ale chyba coś utkwiło mi w głowie, ponieważ miałam później sen, w którym zostałam wysłana na miesiąc do Supraśla i nie mogłam w tym czasie pod żadnym pozorem pojechać do Białegostoku ;) Taki to przekaz podprogowy…
Malarskie fotografie Wiktora Wołkowa fascynują już kolejne pokolenie. Nasza najmłodsza generacja w rodzinie jest obecnie zapatrzona w kadry z albumu Koń na Podlasiu. W kasie muzeum kupiliśmy też zdjęcia, które trafiły już do skrzyni skarbów. Cieszę się, że młodsze pokolenie lubi cząstkę Podlasia i jestem z tego małego sukcesu bardzo dumna.


1 myśl w temacie “Muzeum Fotografii Wiktora Wołkowa w Turośni Kościelnej”