W kończącym się już powoli 2023 roku w Białymstoku bywaliśmy często, jednak umknęło nam kilka długich weekendów, które spędziliśmy w innych rejonach Polski. Tak to już jest – im mniej mnie w Białymstoku i na blogu, tym zapewne więcej gdzieś indziej. W tym roku było nas wyjątkowo dużo gdzieś indziej. Mimo wszystko udało nam się jednak spędzić trochę czasu w Białymstoku. Pomyślałam, że koniec roku to jak zawsze dobry czas na podsumowania i analizy, dlatego zrzuciłam zdjęcia na laptopa i myślę, że wrócę jednak do pisania tutaj, na blogu. To świetna pamiątka dla mnie samej – taka swoista oś czasu, niezależna od kaprysów mediów społecznościowych. Usiadłam właśnie przy biurku i sięgnęłam po mój „blogowy” kajecik, w którym notuję pomysły, inspiracje, tematy na wpisy. Aż mi się zrobiło smutno, że tyle idei większych i mniejszych czeka w kolejce. Tym bardziej, że nie ma miesiąca, w którym ktoś z Was się do mnie nie odezwie i nie napisze, że ten blog to miłe miejsce w dzisiejszych internetach.
Zacznę dziś od tego, co mam już naszkicowane. To będzie wpis bardzo subiektywny, ponieważ to moje białostockie rytuały. Twoje mogą być zupełnie inne i to jest w tym najpiękniejsze :)
Żeby było jasne – ten zestaw może wydać się nieco hedonistyczny, ale prawda jest taka, że kiedy przyjeżdżam do Białegostoku, staram się nie być w pracy, chociaż w moim fachu zawsze jest coś do zrobienia i laptop towarzyszy mi podczas każdej wizyty. Jednak przyjazd do Rodziców traktuję jako spędzanie czasu wolnego, a typowe życie zawodowe zostawiam w Warszawie. Dlatego mam świadomość, że trudno kultywować takie rytuały w codziennym życiu, goniąc między spotkaniem, meetingiem na Zoomie, odbiorem dziecka z przedszkola czy załatwianiem spraw w urzędzie. Sama wiem, że moje warszawsko-grochowskie rytuały nie zawsze mają się tak dobrze jakbym chciała, bo „zawsze coś”. Ale mimo wszystko się staram.
Zanotowałam sobie 9 myśli. Ta dziewiątka to nie przypadek, ponieważ od dzieciństwa właśnie ta cyfra towarzyszy mi w życiu. Mam jeszcze jedną ulubioną liczbę, ale dziś skupię się na dziewiątce. W każdej szkole, a ukończyłam trzy, byłam dziewiąta w klasie. Moje nazwisko składało się z dziewięciu liter. Mam urodziny we wrześniu, a to przecież dziewiąty miesiąc roku. To trzy pierwsze z brzegu powody, dlaczego lubię właśnie cyfrę 9 :)
Zatem… Co staram się zrobić, kiedy jestem w Białymstoku?
- Runda rowerowa. Moja rytualna dwudziestka. Kiedyś zaczynałam od dziesięciu kilometrów, ale dziś wydaje mi się, że to jednak za mało. Mieszkając na Białostoczku, trudno wykonać w Białymstoku 10 000 kroków (zawsze ląduję gdzieś w odległych galaktykach, bo muszę ostro kombinować, jak wydłużyć drogę do Centrum i powrotną do domu). Ale przejechanie 20 km jest już nieco prostsze. Tym bardziej, że sieć ścieżek rowerowych w Białymstoku jest bardzo zachęcająca (tak, nie narzekajmy, bo po Białymstoku rowerem jeździ się bardzo fajnie).
- Kawa nad Zalewem Dojlidy. Sama plaża na Dojlidach to moje ulubione miejsce w mieście przed i po sezonie. Uwielbiam ten spokój. Kawa z widokiem na wodę. Przy brzydkiej pogodzie wewnątrz, przy ładnej na pomoście. Moje motto: kawa i samochód tylko czarne! :)
- Rosół z Trzy po Trzy. Prawda jest brutalna – nie umiem gotować rosołu. A ten z Trzy po Trzy wymiata, zachwyca, nie pozostawia obojętnym. Bierzemy na wynos dla całej rodziny i jemy!
- Wizyta w piwnym sklepie. Tak, lubię piwo, a wino piję rzadko. Jeśli już, to białe. Niemiecka cząstka mej duszy nie daje o sobie zapomnieć :D W Białymstoku są dwa sklepy z piwem, które przyprawiają o zawrót głowy. Jeśli znacie jeszcze jakiś, napiszcie proszę w komentarzu. Nikt nie zna się na piwie tak dobrze, jak pan ze sklepu przy ulicy Słonimskiej (w bloku obok dawnej przychodni, w której spędziłam kiedyś liczne godziny na rehabilitacji…). A jeśli ma być coś bliżej domu, to wybieram sklep w nowych blokach na Jurowieckiej. Mają dużo piw niemieckich. Też.
- Carpaccio ze słoninki. Ten rytuał pozostanie już chyba wspomnieniem, ponieważ podczas ostatniej wizyty w Browarze Stary Rynek nie znalazłam już tej pozycji w menu. A było to danie wybitne. Cienko pokrojona słoninka, solona. Podlaskie klimaty. Jeśli gdzieś natraficie na takie danie i macie pewność, że słoninka jest z dobrego źródła, nie wahajcie się. To jest po prostu pyszne. Może jeszcze kiedyś wróci do menu…
- Chleb z piekarni na Jurowieckiej. W nowych blokach na Jurowieckiej (lub, jak kto woli, Apartamentach Jagiellońskich) jest piekarnia z bardzo dobrym chlebem. Większość zachwytów zawsze kieruje się w stronę piekarni na ulicy Krakowskiej, ale ja osobiście wolę pieczywo z Jurowieckiej. A jeśli lubicie bajgle, to warto zajrzeć do punktu przy Lipowej, tuż obok księgarni. Świeże są obłędne.
- Spektakl w Białostockim Teatrze Lalek. To według mnie jedna z najlepszych scen teatralnych w Polsce. Sprawdzam repertuar z wyprzedzeniem i staram się być na bieżąco. Miejsce jest mi bliskie od dziecka, ponieważ to tu zaczęła się moja przygoda z teatrem. Dziś sprawdzamy spektakle dla dzieci i dla dorosłych. Uwielbiam tu być. A po spektaklu warto zajrzeć do Kawiarni Lalki (czyli do Lalek, jak wszyscy tu mówimy) tuż obok. Po remoncie jest wyjątkowo przytulna, a za ten niebieski kolor na ścianach należą się brawa dla architekta.
- Wystawa. Piszę ogólnie, ale podobnie jak z teatrem – sprawdzam aktualne wystawy w Galerii Arsenał, Galerii Sleńdzińskich, CLZ i w oddziałach Muzeum Podlaskiego. Chcę wspierać lokalną kulturę. A przy okazji sprawdzam ofertę tamtejszych sklepików z książkami i publikacjami. Rzadko wychodzę z pustymi rękami.
- Central. Bez niego nie ma Białegostoku. Nie mogę nie zajrzeć na dział AGD, no po prostu nie mogę! Kupicie tam nierzadko takie skarby! Nie wiem, kto jest odpowiedzialny za dobór asortymentu, ale ma dobrą rękę i wyczucie trendów :) Polecam i dziękuję!
Do napisania!
[AKTUALIZACJA]
Wszystko wskazuje na to, że w ostatnich miesiącach wykształcił się mój kolejny rytuał. Otóż przed Bożym Narodzeniem postanowiłam zajrzeć po długiej (śmiem twierdzić, że za długiej) przerwie do sklepu z kawą przy ulicy Waryńskiego 4. Chodzi oczywiście o Pożegnanie z Afryką, które działa w Białymstoku nieprzerwanie od 1995 roku. W tym czasie kilka razy zmieniało swoją lokalizację, a wspominkową galerię zdjęć możecie znaleźć na ich stronie. Jestem miłośniczką czarnej kawy, nie lubię kawy z mlekiem i żadnych wariacji (wyjątek może stanowić jedynie kawa parzona na sposób wietnamski). Moja życiowa zasada brzmi: Kawa i auto tylko czarne ;) W Białymstoku nie ma lepszego miejsca na zakup ziaren różnych kaw, poza tym w żadnej innej kawiarni tak ładnie nie pachnie :) Tak to się potoczyło i teraz podczas każdej wizyty w Białymstoku zaglądam na Waryńskiego i kupuję moje ulubione ziarna. Za każdym razem kupuję też coś nowego na próbę. Przy okazji popatrzę sobie na ładne filiżanki, kawiarki i ciekawe słodycze. Możecie zapytać, dlaczego nie zaglądam tak ochoczo do Pożegnania z Afryką w Warszawie. Przecież to w sumie sieciówka rodem z Krakowa. Odpowiedź jest prosta, a właściwie odpowiedzi są nawet dwie. Po pierwsze: Na Starym i Nowym Mieście oraz na Krakowskim Przedmieściu bywam rzadziej niż w Białymstoku ;) To nie żart! Znam przysłowiowy milion innych miejsc w Warszawie, które przyciągają mnie bardziej. Po drugie: Zależy mi na wsparciu tej konkretnej kawiarni w Białymstoku, ponieważ chciałabym, żeby na siebie zarabiał, żeby miłe panie sprzedawczynie miały pracę i żeby Pożegnanie z Afryką nigdy nie stanęło przed dylematem, czy musi pożegnać się z Białymstokiem. Taki jest ten mój lokalny (gospodarczy) patriotyzm. Zatem rytuał numer 10 brzmi: Wizyta w Pożegnaniu z Afryką i zakup ulubionych ziaren kawy.

2 myśli w temacie “Moje białostockie rytuały”